poniedziałek, 19 października 2015

39. "Czuję, jakbym się przebudziła. Łamiesz każdą zasadę, którą miałam. To ryzyko, które podejmuję. Nigdy cię od siebie nie odsunę".

Witam skarby! Jak zapewne wiecie to już PRZEDostatni rozdział przed epilogiem dlatego proszę bardzo serdecznie o komentarze.  Wystarczy nawet głupie "super" albo hejt ;D Chcę po prostu wiedzieć komu powinnam podziękować za wsparcie itp. sprawy :) A teraz zapraszam do lektury! Miłych wrażeń mordki moje! :*




POV Harry




Kłamcy. Dlaczego oni wszyscy tak bezczelnie mnie kłamią? Kłamią i oszukują mnie na każdym kroku, w najbardziej błahych sprawach. Wszyscy. Bez wyjątku. Lydia. Megan. Zostałem sam. Nikomu nie mogę już wierzyć. Tylko temu głosu w mojej głowie, który codziennie powtarza mi, że jestem tylko wyrzutkiem. Zaczynam w t wierzyć. Zaczynam wierzyć, że jestem śmieciem. Bo jestem, prawda? Coraz częściej go słyszę... Słyszę głosy/ Widzę cienie. Wariuję. Staję się pieprzonym psychopatą jak Ona. Ona karmi się moją bezsilnością. Moim strachem. Moim wariactwem. Kocha widzieć rozpacz w moich oczach i tą pieprzoną bezsilność. Brak jakiejkolwiek nadziei na ratunek. Bo tylko mój skarb mógł mi pomóc. Ona była jedyną, która byłą w stanie to zrobić. Była moją jedyną deską ratunku. Była moją pociechą, nawet kiedy cierpiałem katusze. Tylko ona wiedziała, że coś jest nie tak. Ale jej już nie ma. Zostałem sam.
A teraz? Stałem na środku pokoju, w środku nocy. Nie mam pojęcia, która mogła być godzina. Na pewno po północy. Znalazłem go. Mojego starego przyjaciela, którego nie trzymałem w dłoni od lat. Nie chciałem mieć z nim nic wspólnego. Bałem się go. On wzbudzał we mnie emocje, które mnie przerażały. Bezsilność, strach, żądzę mordu. Na samym sobie. "Nadeszła pora Styles. Zrób to. Masz dwie kulki... Jedną skroń... To już..." Głos w mojej głowie uporczywie starał się zabrać mi resztki człowieczeństwa, powtarzając w kółku te słowa. Stałem, przyglądając się zapłakanej i zatroskanej kobiecie na przeciw mnie. W głowie echem odbijały mi się jej słowa.
- Ona żyje... Byłam u niej, Harry! Amanda żyje i to kilka domów do nas. Uwierz mi. Błagam... Harry, uspokój się...  Jeszcze nie wszystko stracone.- zacisnąłem zęby, słysząc jej słowa. "Ona kłamie, Harry. Amandy nie ma. I Ty też tu nie pasujesz. Zabij... Zrób to... Dwie kulki... Jedna skroń... Zrób to... Na co czekasz!"
- Ona nie żyje! Mojej Amy już nie ma! Dlaczego wciąż mnie okłamujesz? Dlaczego łżesz?!- krzyknąłem, nie mogąc opanować łez i trzęsącego się coraz bardziej ciała. Lydia także łkała. Jej ciało zaczęło drżeć, a wazon, który pchnąłem pistoletem roztrzaskał się na drobne kawałki. I wtedy to usłyszałem.
- Harry...- cichutki szept. Prawie niesłyszalny. Zaczynam wariować. To koniec. To już osiągnęło swój szczyt. Coś jednak kazało się się odwrócić. Zaciskając palce mocniej na zimnym metalu odwróciłem swoje ciało o 180 stopni. Bałem się podnieść wzrok. Bałem się i właściwie nie miałem pojęcia czego. Bałem się i coś podpowiadało mi, że ten strach był słuszny. Podniosłem wzrok. Niemal usłyszałem jak dziewczyna dław się powietrzem. Długie brąz włosy spięte w niedbałego koka, pierwsze lepsze ubrania, zmęczone spojrzenie. Zaczynam mieć zwidy. "To tylko Twoja wyobraźnia idioto! Ona nie żyje i powinieneś zniszczyć też jej obraz... No daje. Strzel. Dwa naboje... Dwie skronie, Harry".
Zacisnąłem zęby. Łzy spływały po moich policzkach. Po jej także. Ale ona była tylko złudzeniem. Ona była wyobrażeniem. Jej tak na prawdę nie było. Nacisnąłem spust. Krzyk. Krew. I dopiero wtedy zrozumiałem, że ona była na prawdę. Chryste... Co ja zrobiłem?





POV Amy




Wpatrywałam się w jego pełne bólu, rozpaczy i łez oczy. Chciałam coś powiedzieć, jednak uprzedził mnie jednym strzałem. Nawet nie zauważyłam, kiedy podnosi do góry ręce i naciska za spust. Krzyknęłam, czując przeszywający ból w okolicach uda. Spojrzałam w dół i odetchnęłam z ulgą. Uniosłam wzrok, patrząc na Harry'ego, który teraz klęczał i cały się trząsł. "Chryste... Skarbie, co się z tobą stało?". Cichy szloch wybudził mnie z transu. Spojrzałam na przerażoną Lydie, posyłając jej uspokajające spojrzenie. Wolnym krokiem podeszłam do chłopaka. Klęczał, ściskając kruczowo broń. Przerażony wpatrywał się w jeden, nieokreślony punkt przed sobą. Zachowywał się jak opętany. A może właśnie taki był.
- Harry... skarbie.- zaczęłam, ale stanęłam jak sparaliżowana, kiedy gwałtownie uniósł pistolet i przystawił sobie do głowy.
- Nie podchodź! Zraniłem cię... ciebie tu nie ma... j-jak? Ja... odejdź. Nie ma cię tutaj... ja też nie mogę tu być.- przełknęłam łzy, postanawiając interweniować. Szybkim ruchem wyrwałam mu metal, rzucając go w kąt. Nie zastanawiając się przytuliłam trzęsące się ciało. Harry zaczął głośno szlochać, a ja wraz z nim.
- Amy... tak strasznie cię przepraszam. Ja... zwariowałem. Przepraszam.- uśmiechnęłam się przez łzy.
- Cii... damy sobie radę. Już jesteś bezpieczny. Jesteś ze mną Harry. Wszystko będzie dobrze.- tak na prawdę nie miałam pojęcia co teraz będzie. Co będzie z nami. Z Liamem... Z... Megan. Tuliłam go mocno do swojej piersi, szepcząc pocieszające słowa, w które sama chciałam wierzyć. A potem wszystko stało się tak szybko, że nawet nie zdążyłam zareagować. Kątem oka ujrzałam roztrzęsione i przerażone ciało Lydii.
- Jaki piękny widok. Szkoda, że ostatni raz go widzę.- wystarczyło te kilka słów, aby moim ciałem przeszedł straszliwy dreszcz. Poczułam jak mięśnie chłopaka napinają się do granic możliwości, a moje ciało sztywnieje. Wolnym ruchem odwróciłam głowę, a widząc skierowaną w moją stronę lifę wstrzymałam oddech. Zamknęłam oczy, czując, że to moje ostatnie oddechy. Chwyciłam mocniej za dłoń bruneta, który skulił się cicho łkając. On także wiedział. Usłyszałam strzał. Jeden. Drugi. Usłyszałam krzyk. Ale to wszystko działo się jakby poza mną. Przygotowałam się na ból. Ten jednak nie nadszedł. Otworzyłam oczy, widząc coś co sprawiło, że moje ciało spowił paraliż taki jak nigdy wcześniej, a moje serce biło dwa razy na minute. Wokół mnie nie było nic. Tylko dwie ogromne plamy krwi. Jej blond loki, wielka rana w głowie. Jego ciało bezwładnie leżące obok. Poczułam jak lokaty obejmuje mnie szczelnie. Wyrywałam się.
- Nie. Nie. Nie!!! Nie mógł. Nie on. Nie mój Liam...





Witam kochani :) Dzisiaj króciutka notka. Podzielcie się wrażeniami :)
Pojawi się jeszcze jeden krótki rozdzialik a po nim epilog :D DO znów!




























niedziela, 27 września 2015

38. "Mówię mojej miłości, by zniszczyła wszystko. Odcięła wszystkie liny i pozwoliła mi upaść. Moja, moja, moja, moja, moja... Właśnie teraz to zbyt trudne. (...) Kto będzie cię kochał? Kto będzie walczył? Kto zostanie odrzucony?"

Proszę każdego kto przeczyta ten rozdział o zostawienie komentarza :) Może być głupie ":)" albo "dalej". Zależy mi aby dowiedzieć się ile Was jeszcze jest mordki :) Życzę miłych wrażeń!









POV Amy





Otworzyłam oczy. Ujrzałam nic innego jak mrok i ciemność. Odwróciłam głowę w lewo, patrząc na zegarek, stojący na komodzie.
2.00 a.m.
Westchnęłam, przewracając twarz w przeciwnym kierunku. Księżyc nieśmiało wpadający przez okno oświetlał spokojną twarz chłopaka, który leżał obok. Odwrócony w moim kierunku, z łagodnym wyrazem twarzy. Kosmyki jego przydługich włosów opadały nieśmiało na jego czoło. Zgarnęłam jeden z niesfornych kosmyków, przejeżdżając delikatnie opuszkami palców po jego policzku. Dotykałam każdego malutkiego detala, jakbym bała się, że już nigdy mogę go nie dotknąć. Pochyliłam się całując jeden z jego rozpalonych polików. Starałam robić się to tak, aby go nie zbudzić. Nie tego mi było teraz trzeba.
- Przepraszam, skarbie. Ale to jedyna słuszna decyzja jaką mogłam podjąć.- wyszeptałam, spuszczając wzrok.
Decyzja zapadła. Podjęłam ją już wczorajszego popołudnia.
Zapięłam kurtkę. Do kieszeni spodni włożyłam telefon. Otworzyłam szafę, chcąc sięgnąć po buty, kiedy za jednym z pudełek ujrzałam coś dziwnego. Świecąc telefonem aby cokolwiek ujrzeć, chwyciłam w dłoń skórzany pakunek. Wpatrywałam się w jego zawartość, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. Drżącą dłonią delikatnie przejechałam po metalowym przyrządzie. Niemal natychmiast moim ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz, a fala ciepła rozlała się w okolicach serca. Jedno z dawno utraconych wspomnień powróciło.


"Wolnym krokiem weszłam do salonu zaniepokojona tym, że od dłuższego czasu nie słyszę dźwięków gitary, która towarzyszyła nam od jakiegoś czasu. Kiedy Harry uczył grać Mię, ja miałam czas aby coś ugotować czy posprzątać. Opiekował się nią jak swoim dzieckiem. Mała czuła ogromną radość, spędzając z nim czas i wydawało mi się, że tak samo działało w drugą stronę. Hazza coraz częściej się uśmiechał, co przyprawiało mnie o miły dreszcz. Bardzo mi pomógł po stracie mamy, po tym wszystkim. Gdyby nie on... Nie chciałam o tym myśleć. Nie teraz. Nie dziś. Nie przy nim. Nie kiedy był obok. Przekroczyłam próg salonu, rozglądając się. Nikogo jednak nie zastałam. Zamiast tego, poczułam jak ktoś nieśmiało oplata moje biodra. Do moich nozdrzy dotarł znajomy zapach perfum. Uśmiechnęłam się, odwracając przodem do chłopaka.
- Harry! Nie strasz mnie tak.- wydęłam wargę, na co odpowiedział mi jego piękny, melodyjny śmiech, który z każdym dniem uwielbiałam coraz bardziej. Czułam, że coś niebezpiecznego zaczyna się dziać. Ale wiedziałam też, że muszę to tłumić w sobie. Nie mogłam pokazywać, że w jakiś sposób mi zależy. Przynajmniej nie przy chłopakach, a na pewno nie przy Megan. Tylko przy lokatym mogłam być sobą. Bez ukrywania uczuć. Bez kłamstw. 
- Mam coś dla ciebie.- usłyszałam szept, a zaraz potem delikatny uścisk dłoni na moim nadgarstku, kiedy prowadził mnie na kanapę. Usiadłam, wyczekując na to co ma mi to pokazania. Obserwowałam jak wyjmuje z kieszeni skórzany pakunek. Położył go przede mną i zaczął delikatnie odwijać. Przez cały ten czas czułam na sobie jego wzrok. Czułam jak mi się przygląda. Ja natomiast wpatrywałam się w jego dłonie. Z każdą sekundą mój wyraz twarzy stawał się coraz bardziej zaniepokojony. Podniosłam gwałtownie głowę, napotykając jego ciemne tęczówki. 
- Dlaczego mi to pokazujesz?- mój oddech zaczął przyśpieszać. Cofnęłam się delikatnie, widząc srebrny pistolet. Nie chciałam tego widzieć. Bałam się co Harry ma mi do powiedzenia. 
- Spokojnie, Amy. Chciałbym żebyś to wzięła...
- Co? Nie ma mowy. Nie jest mi to potrzebne.- przerwałam mu przerażona. Może moja reakcja była zbyt pochopna, ale pierwszy raz miałam przed oczami prawdziwą broń.
- Cii... Chciałbym żebyś była bezpieczna. Nie zawsze będę mógł być przy tobie i cię chronić, a nie wybaczyłbym sobie tego, gdyby coś ci się stało. Weź go, proszę. Nie każę ci go używać. Chcę byś miała go pod ręką.- po usłyszeniu jego słów poczułam w kącikach oczu pieczenie. Skinęłam delikatnie głową, by zaraz potem poczuć mocny uścisk jego ramion.
- Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała go użyć. Chcę byś był obok na zawsze."



Wpatrywałam się w pakunek, nie panując nad tym, że wylałam przez ostatnie minuty potok łez. Otrząsnęłam się dopiero, patrząc na zegarek, który wskazywał 2.34 a.m. Miałam mało czasu, a teraz, gdy zaczęłam przypominać sobie urywki byłam pewna swojej decyzji. Byłam pewna i dopiero teraz zaczęłam się obawiać tego, że to może nie wystarczyć. Że może być już za późno. Odłożyłam pistolet i szybkim krokiem ruszyłam w stronę drzwi.
Droga pod wskazany adres wcale nie zajęła mi sporo czasu. Okazało się, że dom mieści się kilkanaście minut od mojego, co oznaczało... że cały ten czas był tak blisko. Że jeśli to o czym wczorajszego dnia mówiła Lydia oraz jeśli moje wspomnienie nie jest tylko urojeniem to miałam go na wyciągnięcie ręki. "Ale nic z tym nie zrobiłaś. Nie pomogłaś mu..." Stałam przez chwilę, wpatrując się w nieduży dom o szarawej, smutnej barwie. Nie zauważyłam aby w środku paliło się choć jedno małe światełko, co mogło oznaczać, że być może gdzieś wyszli. "Głupia! Lydia mówiła, że On boi się wykonać jakikolwiek ruch. Że Ona wyniszczyła go psychicznie. Że Twoje dziecko... żyje. I być może jest właśnie w tym domu." Wzięłam głęboki wdech. Wykonałam kilka szybkich kroków, znajdując się pod ciemnymi drzwiami. Chciałam zapukać, ale kiedy tylko ich dotknęłam lekko się uchyliły. Zadrżałam, słysząc ich mrożący krew w żyłach skrzyp. Pchnęłam je mocniej, robiąc krok do przodu. W środku panował całkowity mrok. Przez myśl przemknęło mi nawet to aby uciec stąd jak najdalej, ale choć rozum krzyczał "wiej idiotko!" serce mówiło zupełnie co innego. I jak zwykle to ono wygrało tą nierówną walkę. Z bójki z własnymi myślami otrząsnął mnie głośny trzask szkła rozbijającego się o podłogę. Podskoczyłam, słysząc krzyk, a potem szloch. Szloch mężczyzny.
- Harry! Uspokój się, błagam!- Harry... Harry... To słowo odbijało się echem w moim umyśle.  Zacisnęłam pięści, kierując się za głosami. Kiedy stanęłam w progu jednego z pokoi, przez lekko uchylone drzwi obserwowałam sytuację. Wzdrygnęłam się, widząc Lydię, stojącą z boku i bezsilnie próbującą tłumaczyć coś człowiekowi obok. Człowiekowi? Patrząc na niego nie byłam pewna kim tak na prawdę jest. Nie byłam pewna czy jest bezbronny dzieckiem, porzuconym przez matkę czy może starym, zapyziałym pijaczyną. Nie miałam pojęcia czy to co ma na sobie ubrane to prawdziwe ciuchy czy szmaty. Stał do mnie tyłem i z tej perspektywy mogłam doskonale widzieć jego szerokie i głębokie blizny na plecach oraz rękach, gdyż materiał nie zasłaniał nawet połowy jego ciała. Ale najbardziej zaniepokoiło mnie to co zobaczyłam w jego prawej ręce. I właśnie to absurdalnie kazało mi wejść dalej.
Zanim będzie za późno.
- Ona nie żyje! Mojej Amy już nie ma! Dlaczego wciąż mnie okłamujesz? Dlaczego łżesz?!- krzyczał, a ja pchnęłam lekko drzwi, nie wiedząc właściwie co będzie dalej. Czy mnie zabije? Czy rozpozna? Wybaczy?
- Harry...- szepnęłam. W tym samym momencie chłopak zamarł w bezruchu. Zauważyłam jak jego mięśnie się napinają, a palce zaciskają na srebrnym pistolecie. Spojrzałam na Lydie, na której twarzy malowała się wielka ulga, radość, ale i ogromne przerażenie. Przeniosłam wzrok z powrotem na chłopaka, który zdążył się już odwrócić w moim kierunku. Stał jednak ze spuszczoną głową. Jego długie loki spięte luźno bandamą opadały na jego twarz. Jednak kiedy podniósł wzrok, wstrzymałam gwałtownie powietrze w policzkach. Jego siniaki pod oczami były tak ogromne jak u największego narkomana. Jego przecięty policzek. I jego dłonie. Liczne ślady na nadgarstkach. Niektóre stare, inne jeszcze świeże. Zatkałam usta dłonią, czując łzy spływające mi po policzkach. To moja wina. Jego stan. Jego zrujnowana psychika. To ja go zostawiłam. A najgorsze było to, że w tym momencie wszystko sobie przypomniałam. Wszystkie wspomnienia wróciły.





Dum dum!
Wracam po miesięcznej przerwie ;c
Wiem, że być może Was zawiodłam, ale uwierzcie mi, że cholernie chciałam napisać ten rozdział <3 Ale czas, czas... Nie miałam go w ogóle :C LO... biol-chem-mat... francuski...
Eh. Ale nieważne :D Rozdział w końcu jest!
I jak wrażenia? Amy jednak zdecydowała się iść do Harry'ego. Jak chłopak zareaguje na jej widok? Co może okazać się w następnym rozdziale? Być może ostatni rozdział rozłożę na dwie krótsze części ;v i epilog <3
Czekam na opinie i mam nadzieję, że kilkoro z Was jeszcze zostało ;'D

























sobota, 26 września 2015

Hello!

Witajcie moje kochane mordki.
Od czego zacząć? Może od przeprosin. Tak, to dobry pomysł. Chciałam Was bardzo przeprosić za to, że nie ma nowegp rozdziału od jakiegoś czasu. Nie wiem czy ktoś tutaj jeszcze jest, ale jeśli tak to informuje że ostatnie dwa rozdziały i epilog POJAWIĄ SIĘ :) wciąż brak mo czasu nawet na to żeby sie wyspać a co dopiero napisać rozdział. Wene mam i znam zakończenie  ale chciałabym napisać to z takimi emocjami jakie odczuwam :) kolejny rozdział pojawi się mam nadzieję najpóźniej w następny weekend. Jeśli ktoś czeka to zapraszam bo myślę ze warto! :)
Buziaki- Wasza Sysia;33

piątek, 28 sierpnia 2015

37. "Masz serce głośne jak lew, dlaczego więc nie pozwalasz swojemu głosowi się oswoić? Kochanie, jesteśmy nieco inni, nie ma się czego wstydzić. Masz światło do walki z cieniem, więc przestań to ukrywać. Chodź. Chodź..."

Proszę każdego kto przeczyta ten rozdział o zostawienie komentarza :) Może być głupie ":)" albo "dalej". Zależy mi aby dowiedzieć się ile Was jest mordki :) Życzę miłych wrażeń!





Liana Will Styles



POV Amy





Stanęłam przed wielkim lustrem, który znajdował się w jednym z czterech rogów mojego pokoju. Stałam, wpatrując się w swoje odbicie. W odbicie już całkiem obcej mi osoby. Nie poznawałam już siebie samej. Te same, niebieskie oczy, w których niegdyś świeciły iskierki, teraz straciły swój dawny blask. Były ciemne, smutne i opadnięte. Te same włosy, twarz, ciało także to samo, może tylko trochę bardziej kościste i chudsze niż rok temu. Czy to możliwe? Zmienić się tak nieporównywalnie mocno przez tak krótki okres czasu? Najwidoczniej. Odsłoniłam skrawek koszulki, którą miałam na sobie. Lewą ręką, delikatnie przejechałam po bliźnie, która widniała u dołu mojego podbrzusza. Jedyna pamiątka, która została mi po tym, że kiedykolwiek byłam matką. Że kiedykolwiek moje dziecko przyszło na świat. Że umarło tylko dlatego, że ja zdołałam przeżyć. Przesunęłam dłoń wyżej, odsłaniając większą część mojego ciała. Skrzywiłam się, widząc dużą, szkarłatną kreskę, która ciągnęła się od szyi do końca mojej piersi. Obserwowałam jedyną pamiątkę, która została mi po ostatnim członku mojej najbliższej rodziny. Po bracie, który odebrał sobie życie abym ja mogła żyć. Poczułam jak jedna z wściekłych, małych kropel chce się wydostać z mojego oka. Szybko starłam ją z policzka, nie chcąc pozwolić żeby wypłynęła na zewnątrz.
- Dla mnie i tak jesteś piękna.- usłyszałam głos zza pleców. Opuściłam bluzkę, gwałtownie się odwracając. Brunet stał w rogu pokoju, oparty o framugę, bezczelnie mnie obserwując.
- Długo tak stoisz?- zapytała, nie patrząc mu w oczy. Ruszyłam w stronę dużego okna i, opierając się o spory, drewniany parapet, poczęłam obserwować widniejący za oknem krajobraz. Nie musiałam długo czekać, aż duże ręce oplotą moje biodra, a głowa znajdzie się na moim ramieniu. Objęłam się ramionami, czując jak ciarki przechodzą całe moje ciało. Do moich nozdrzy uderzył odurzający zapach perfum, które towarzyszyły mi co dnia.
- You're beautiful, you're beautiful, you're beautiful, it's true...- do moich uszu dotarł jego cichy i piękny głos. Głos, który po takim czasie stał się jedynym ukojeniem. Ale każde lekarstwo z czasem przestaje działać. Z tym nie mogło być inaczej. Westchnęłam głęboko, nadal się nie odwracając, Czułam ciepło jego ciała. Czułam jego obecność. Czułam go całą sobą, ale dawno już odkryłam, że to już nie daje mi ukojenia. Nic nie było w stanie mi go dać.
- Dlaczego to robisz?- z moich ust wydobył się cichy dźwięk. Poczułam jak mięśnie chłopaka lekko się napinają. Nie dałam mu jednak dojść do słowa. Przełknęłam ślinę i wciąż patrząc w okno szeptałam.
- Dlaczego wciąż przy mnie jesteś? Dlaczego chcesz oddać mi całego siebie? Dlaczego poświęcasz się dla mnie i na siłę chcesz wywołać uśmiech na mojej twarzy. Robisz wszystko za wszelką cenę, a ja...-  tym razem to on nie dał mi dokończyć. Chwycił mnie mocniej i gwałtownie odwrócił tak, że stałam oparta o parapet, a on opierał ręce po moich dwóch stronach. Pociągnęłam nosem, wpatrując się w swoje stopy.
- Bo cię kocham.- usłyszałam równie cichy szept i w tym momencie podniosłam głowę, napotykając jego brązowe tęczówki wypełnione troską. Mimo, że wyznał mi to już ponad pół roku temu teraz miało to o wiele bardziej złożone znaczenie. Inne.
- Za co?- poczułam na swoim policzku jego ciepłą dłoń. Przejechał opuszkami palców po całej długości, muskając lekko moja skórę.
- Za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości, me belle.- słysząc te słowa, objęłam go nieśmiało. Rozpłakałam się. Po raz kolejny i po raz kolejny moje nowe serce pękało. Pękało z wielu powodów, ale ten był najświeższy. Odżywał na nowo co dnia,
- Dlaczego płaczesz?- usłyszałam, kiedy kołysał mnie w ramionach. Objęłam go mocniej, jakby bojąc się, że w każdej chwili może mi uciec.
- Boję się... Tak bardzo się boję, że nigdy nie będę w stanie pokochać cię choć w połowie tak jak ty kochasz mnie. Że mimo tego, że ty i Mia jesteście moimi najbliższymi osobami... Jeśli bym was straciła... Mój Boże.  Nigdy nie będę zasługiwała na ciebie w pełni. Nigdy nie będę zasługiwała w pełni na twoją uwagę, choć wiem, że ty i tak mi ja dasz... Boję się, że nigdy nie zdołam pokochać cię jak dziewczyna chłopaka.- spojrzałam w jego oczy. On tylko uśmiechnął się lekko i znów zaczął śpiewać. Po raz kolejny tego wieczoru.
- Never say goodbye, never say goodbye. You and me and my old friends. Hoping it would never end. Never say goodbye, never say goodbye, Holdin' on- we got to try... Holdin' on to never say goodbye...**- uniosłam lekko kąciki ust, wciąż wpatrując się w jego wypełnione szczerością oczy.
- Zawsze będę na ciebie czekał.- wyszeptał, całując mnie w czubek głowy. Odetchnęłam głęboko, napajając się jego obecnością. Trwanie w błogości przerwał dźwięk dzwonka. Oboje spojrzeliśmy w tamtym kierunku, a chłopak po raz kolejny, całując mnie w czubek głowy rzucił na odchodne:
- Zostań. Otworzę.- skinęłam głową, ale coś jednak tchnęło mnie aby jednak do niego dołączyć. Poprawiłam więc włosy, o które nie dbałam już dawno i postanowiłam w końcu wyjść do ludzi. Czas zrobić krok w przód. Kilkanaście kroków później stanęłam w salonie. Liam stał tyłem do mnie, zasłaniając mi widok na osobę, która stała w przejściu. Podeszłam niepewnie, ocierając się lekko o jego ramię. Zabawne, że dopiero teraz zauważyłam, że jestem od niego o prawie dwie głowy niższa. Poczułam jak jego wszystkie mięśnie się napinają, a oddech nieznacznie przyśpiesza. Spojrzałam na niego, ale on nie odrywał wzroku od kobiety. Kojarzyłam ją. Byłam pewna, że kiedy gdzieś ją widziałam. Średniego wzrostu, ładna kobieta po czterdziestce, z krótkimi blond włosami, których mogła jej pozazdrościć nastolatka. Nie znałam jej, ale jej oczy powiedziały mi o niej wszystko. I właśnie to sprawiło, że zapragnęłam ją poznać. Dowiedzieć się dlaczego na jej twarzy wymalowany jest smutek, a w oczach przerażenie i coś jeszcze. Coś czego nie byłam w stanie zidentyfikować. Staliśmy w ciszy, którą przerywał tylko głośny, nierówny oddech mojego towarzysza. Chciałam się odezwać, ale jego zachowanie wydawało mi się niepokojące. I chyba właśnie to mnie onieśmielało. W pewnym momencie poczułam jak chłopak delikatnie oplata moją dłoń. Nie protestowałam. Chociaż wyraz twarzy i oczy kobiety błagały o to, abym to zrobiła.




POV Lydia




Stałam w progu, obserwując młodego mężczyznę, który mi otworzył. Miałam nadzieję, że zrobi to dziewczyna, ale kiedy zrobił to Liam... Stałam, wpatrując się w jego pełne zdziwienia tęczówki. Nie odezwał się. Ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że się zdenerwował. Z pamiętnika Megan odczytała przecież wszystko. Nagle w gardle zabrakło mi śliny. Nie miałam pojęcia co mam powiedzieć. Zapomniałam nawet jak się oddycha. On także się nie odezwał. Stał i mierzył mnie wzrokiem co okazało się jeszcze bardziej przerażające. To powinno wydawać się śmieszne. Tak na prawdę to ja byłam ponad połowę starsza od niego, ale to on był górą. Kiedy brunet miał przerwać krępująca i pełną napięcia ciszę, za jego plecami pojawiła się ona. Stanęła obok, skulona, krucha, piękna w swej niedoskonałości. Wiedziałam, że to na prawdę cudowna dziewczyna. Znałam jej matkę. Oraz małą Amandę, ale ona nie mogła tego pamiętać. Widziałam w jej oczach smutek i zaciekawienie. Z jej twarzy wyczytałam, że mnie nie poznaje. Cóż. Spotkała mnie tylko raz, w studio chłopaków. W jej oczach malowało mnie mnóstwo emocji. Najwidoczniejszy był jednak ogromny żal i niewyobrażalny smutek. Stała, wpatrując się we mnie, a ja wpatrywałam się w nią. Moje serce ścisnęło się jednak bardziej, kiedy zauważyłam coś czego nie przewidziałam. Wpatrywałam się w ich złączone palce i wbrew wszystkiemu dopiero teraz nabrałam siły. Robiłam to w końcu dla niej. Dla nich. Dla dziecka i dla wraka człowieka w domu, który teraz był także mój. Dla niej i dla niego. Bo oni byli niczym Piękna i Bestia. Tylko w tej bajce to Bestia była tą najbardziej kruchą. Bo pod maską twardziela i sukinsyna siedziało wrażliwe dziecko, które nie potrzebowało nic prócz miłości. Jej miłości.




POV Amy



- Czego chcesz?- odwróciłam gwałtownie głowę, puszczając jego dłoń. Nigdy nie słyszałam w głosie Liama tyle jadu i nienawiści. Cofnęłam się lekko i wciąż na niego patrząc szepnęłam:
- Liam...- nie zareagował. Wciąż wpatrywał się w nieznajomą kobietę, a ja czułam coraz większy niepokój.
- Chciałam porozmawiać z Amandą.- spojrzałam na kobietę, która posłała mi lekki uśmiech. Nie odwzajemniłam go. Byłam zbyt zdezorientowana, aby to zrobić.
- Nie. Odejdź.- kiedy usłyszałam jego słowa, nagle ogarnęła mnie fala złości. Nie miałam pojęcia kim była ta kobieta, ale zdecydowanie nie wyglądała na złą osobę. Raczej zdeterminowaną i smutną. Ale na pewno nie na złą.
- Proszę wejść.- powiedziałam i zaraz poczułam dwie pary oczu, wpatrujące się we mnie. Jedna ze zdziwieniem, druga z niewyobrażalną ulgą. Nic nie mówiąc, zaczęłam się kierować z powrotem do salonu. Zatrzymała mnie jednak ręka, zaciskająca się na moim nadgarstku.
- Nie wiesz kim ona jest.- warknął. Wpatrywałam się w niego zszokowana i, wyrywając nadgarstek,syknęłam:
- Właśnie dlatego mam zamiar się dowiedzieć. A teraz daj nam spokój.- coś było nie tak. Czułam to, ale gdzieś w głębi miałam jednak nadzieję, że wszytko jest tak jak być powinno.


Leciały kolejne minuty, godziny, a ja wciąż wertowałam stary pamiętnik, który pokazała mi Lydia. Nie płakałam. Nie czułam złości. Nie czułam praktycznie nic, bo nic z tego nie rozumiałam. Do czasu.
- Amando... nie mamy czasu. On cię potrzebuje.- szeptała coraz bardziej zdenerwowana kobieta.
- Potrzebuje? Zostawił mnie samą! Z chorobą, z dzieckiem...- szeptałam, czując coraz większy mętlik. Nie wiedziałam komu wierzyć. Nie wiedziałam nic.
- To nie był jego wybór... Megan... Ona... Ona jest chora.- zmarszczyłam brwi, wpatrując się w kobietę.
- Twoja córka?- dopytałam. I wtedy wszystko się zaczęło. Kobieta w ciągu pół godziny opowiedziała mi wszystko. Wszystko i jeszcze więcej. Rzeczy których nie chciałabym wiedzieć. Wiedziałam już wiele. Zbyt wiele, żeby podjąć od razu decyzję.
- Zrób to dla niego... A jeśli nie, chociaż dla swojej córki. Ratuj ją... Błagam...- widząc łzy w jej oczach oraz przerażenie w głowie zaczynałam coraz bardziej jej wierzyć. Wszystko składało się w pełną całość. Tylko wciąż nie mogłam odnaleźć siebie w tych wszystkich wspomnieniach, w kartkach z pamiętnika. Nigdzie. Jakbym nigdy nie brała w tym udziału.
- Chyba... chyba ci wierzę.- szepnęłam, wciąż nie wiedząc co tak na prawdę robić.
- Więc pójdziesz?
- Ona nigdzie z tobą nie pójdzie, Lydio. Wybacz, ale to ty spłodziłaś potwora. To ty jesteś współwinna temu, że Megan jest taka jaka jest. Oczywiście, że teraz już nie możesz mieć na to wpływu, ale zostaw chociaż Amandę i nas wszystkich. Jej dziecko nie żyje, a Harry nie jest już naszym przyjacielem. Wszystko to brednie, a ty pewnie jesteś zamieszana znów w jakąś chora grę twojej córeczki, żeby nas zniszczyć. Zniszczyć nasze życie, kiedy wychodzimy wreszcie na prostą. Więc wyjdź Lydio i nigdy nie wracaj.- wsłuchiwałam się w słowa Liama, który pojawił się w salonie znikąd. Przełknęłam ślinę, nie mając pojęcia co zrobić. To co mówił miało sens, a mnie od wszystkiego rozbolała głowa. Kobieta westchnęła głośno i bez słowa, wiedząc, że i tak przegra z chłopakiem, poczęłam kierować się do drzwi. Nie spojrzała już na mnie. Ja natomiast patrzyłam na nią cały czas. Z żalem, smutkiem i strachem przed tym, że to wszystko prawda. Wstałam, zauważając jak jedna mała karteczka wypada jej na podłogę. Liam wyszedł za nią, odprowadzając do drzwi, a ja chwyciłam w dłoń mały liścik. Odczytałam kilka słów i zacisnęłam wargę.

"Lineastreet 5/45 
3.00 a.m"

Pokręciłam głową, słysząc jak Liam zatrzaskuje drzwi. Zwinęłam papierek w kulkę i rzuciłam gdzieś w kąt pokoju. Usiadłam zrezygnowana na kanapie, zakrywając twarz dłońmi. W tym momencie podjęłam decyzję. Mogłam wierzyć obcej kobiece, opowiadające niestworzone rzeczy albo Liamowi. Wiadomo jakby się to skończyło. W głębi duszy miałam szczerą nadzieję, że kobieta wyssała to wszystko z palca, a mnie nie będą dręczyły wyrzuty sumienia. Byłam zbyt słaba. Słaba na cokolwiek. Słaba na to, aby walczyć z tym co powinnam zrobić, a tym co chciałam.





*Never say goodbye
** You're beutiful


Witam mordki! Jestem cholernie zmęczona, więc człapię to łóżka. Dziś więc bez notki :)
Napiszcie mi co sądzicie o rozdziale i jak czujecie się z tym, że kończą się wakacje ;)
Buziaki!



PS. Amelko moja kochana (Jane) dzisiaj wróciłam, nie miałam Internetu i rozdział przeczytam w niedzielę mordko! :)


























sobota, 22 sierpnia 2015

36. "Widzisz ją, gdy zamykasz oczy. Może pewnego dnia zrozumiesz, dlaczego wszystko czego dotykasz umiera. (...) Widzisz ją, gdy zasypiasz, ale nigdy nie dotykasz i nie możesz jej zatrzymać, ponieważ kochałeś ją zbyt mocno i zanurkowałeś zbyt głęboko".

Zachęcam do puszczenia piosenki :) Na komórce także działa i można czytać, słuchając :) 






Cóż, potrzebujesz światła tylko wtedy, kiedy robi się ciemno
Tęsknisz za słońcem tylko wtedy, kiedy zaczyna padać śnieg
Pojmujesz, że ją kochasz, kiedy pozwalasz jej odejść
Zauważasz, że byłeś szczęśliwy, tylko wtedy, gdy ogarnia Cię smutek,
Nienawidzisz drogi tylko wtedy, kiedy tęsknisz za domem
Pojmujesz, że ją kochasz, kiedy pozwolisz jej odejść
I pozwalasz jej odejść...

Gapisz się na dno swojej szklanki
Mając nadzieję, że pewnego dnia spełnisz marzenie
Ale marzenia przychodzą powoli, a znikają szybko
Widzisz ją, gdy zamykasz oczy
Może pewnego dnia zrozumiesz dlaczego
Wszystko, czego dotykasz, umiera.

Ale potrzebujesz światła tylko wtedy, kiedy robi się ciemno
Tęsknisz za słońcem tylko wtedy, kiedy zaczyna padać śnieg
Pojmujesz, że ją kochasz, kiedy pozwolisz jej odejść
Zauważasz, że byłeś szczęśliwy, tylko wtedy, gdy ogarnia Cię smutek,
Nienawidzisz drogi tylko wtedy, kiedy tęsknisz za domem
Pojmujesz, że ją kochasz, kiedy pozwolisz jej odejść...


Gapisz się w sufit w ciemności
To samo uczucie pustki w Twoim sercu
Ponieważ miłość przychodzi powoli, ale odchodzi szybko
Widzisz ją, gdy zasypiasz
Ale nigdy nie dotykasz i nie możesz jej zatrzymać
Ponieważ kochałeś ją zbyt mocno i zanurkowałeś zbyt głęboko

Potrzebujesz światła tylko wtedy, kiedy robi się ciemno
Tęsknisz za słońcem tylko wtedy, kiedy zaczyna padać śnieg
Pojmujesz, że ją kochasz, kiedy pozwolisz jej odejść
Zauważasz, że byłeś szczęśliwy, tylko wtedy, gdy ogarnia Cię smutek,
Nienawidzisz drogi tylko wtedy, kiedy tęsknisz za domem
Pojmujesz, że ją kochasz, kiedy pozwolisz jej odejść
I pozwalasz jej odejść...
Pozwalasz jej odejść...*





POV Lydia



*pół roku później*


Krzątałam się po kuchni, chcąc przygotować coś na obiad. Przebywałam w tym domu nieprzerwanie od pół roku. Przez te sześć długich miesięcy mogłam odejść tysiąc razy. Miałam taką możliwość, ale wiedziałam, że tylko dzięki mnie Harry oraz mała BoGirl jeszcze nie padli z głodu. Tylko ja robiłam zakupy, wychodziłam z małą do ogrodu oraz na krótkie spacery niedaleko domu, kiedy Megan nie widziała. Nie pozwalała wychodzić z dzieckiem nigdzie. Nie jeździła na wizyty kontrolne do lekarza, dentysty. Choć dziewczynka wydawała się zdrowa,  miałam coraz większe obawy. Ona w najmniejszym stopniu nie interesowała się dzieckiem. Przypominała sobie o jego istnieniu dopiero wtedy, gdy za głośno płakało, lub kiedy chcieliśmy z nim gdzieś wyjść. Nie przyznawała się do tego, ale ja doskonale wiedziałem, że się boi. Boi się, że ktoś zorientuje się, że mała nie ma nawet papierów. Oficjalnie w akcie urodzenia była martwa, więc jakim cudem nagle ożyła? Bała się, że ktoś odkryje jej przekręty. Bała się konsekwencji swoich czynów. Nie poznawałam swojej córki. Nie chciałem nawet jej tak nazywać. Coraz bardziej jej nienawidziłam, bo z każdym dniem stawała mi się obca. Z każdą sekundą coraz bardziej pragnęłam, aby coś jej się stało. Wiem, że jako matka nie powinnam życzyć jej śmierci, ani nawet jako człowiek, ale nie mogłam patrzeć jak Harry z każdym dniem słabnie w oczach. Pomiatała nim jak psem i gdyby tylko mogła pewnie już dawno by się go pozbyła, ale doskonale wiedziała, że za płatne zabójstwa nie wyżyje. Był jej skarbonką. I jedyną osłoną, aby nie zwariowała do reszty. Znałam każdy z jej największych sekretów. Kilka tygodni temu znalazłam w jej pokoju pamiętnik. Niby niepozorny zeszyt, a tyle potrafi powiedzieć o człowieku. Poznałam wszystko co tak głęboko skrywała. Wiedziałam o wszystkim, o czym nie wiedział Harry. A nie wiedział prawie nic. Gdybym tylko mogła mu uświadomić, że tak na prawdę jego dziecko żyje i w dodatku jest tak blisko... Gdyby wiedział, że Ona żyje... Gdyby tylko... Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że mi nie uwierzy. Popadł w depresję. Gdybym mu powiedziała, na pewno chciałby jej szukać, a Megan zabiłaby dziecko i zatuszowała wszelkie ślady. W tym mnie. Pogodziłam się z myślą, że moja własna, rodzona córka byłaby gotowa mnie zabić. Dlatego właśnie milczałam. Wolałam mieć na oku dziecku, Harry'ego. To była moja jedyna rodzina. Ale z każdym dniem zdawałam sobie także sprawę, że coś jest z nią nie tak. Że to nie jest normalne świadome zachowanie. Że to będzie się pogłębiać. Jedynym naszym wybawieniem i chwilami wolnymi od ciągłych krzyków był czas, kiedy wychodziła z domu. A robiła to prawie codziennie. Bywały jednak dni takie jak ten, kiedy wracała nad ranem przećpana i zamiast  pójść spać, jak miała w zwyczaju, ruszała do pokoju, który urządziliśmy dla małej. I wtedy działo się coś, czego wszyscy tak bardzo nienawidziliśmy. Wszyscy z wyjątkiem niej.
- Patrz na mnie gdy do ciebie mówię! Ogłuchłeś sukinsynie?!- usłyszałam krzyk, dochodzący z górnego piętra. Wzdrygnęłam się, starając się skupić na obieraniu marchewki.
- Co? Wolisz tego bachora ode mnie?- do moich uszu dotarł jej szyderczy śmiech, za zaraz potem krzyk chłopaka oraz donośny płacz dziecka.
- Ty kretynko! Zostaw ją. Czemu ona jest winna?- upuściłam to co miałam w dłoni, biegnąc na górę. Przez szparę w drzwiach obserwowałam to co działo się w środku. Zatkałam usta dłonią, widząc jak lokaty chłopak klęczy, trzymając zranione dziecko na rękach. Mała wtulała się w jego tors, cicho łkając. Zauważyłam na jej ramieniu dość głębokie zadrapanie spowodowane najpewniej przez Megan. Zacisnęłam zęby, wpatrując się w dalszy ciąg wydarzeń.
- Przecież to twoje dziecko... Jak możesz podnosić na nie rękę...- szeptał, wciąż płacząc i tuląc małą BoGirl do swojej piersi. Zauważyłam jak blondynka prostuje się i z nie schodzącym z twarzy uśmiechem odpowiada.
- Nie. Ma ze mną tyle wspólnego co nic. Co mi zrobiła? Wystarczy, że żyje! Nie mogę na nią patrzeć! Dlaczego? Zastanówmy się. Może dlatego, że to bachor twojej suki. Temu.- krzyczała, a mnie zaparło dech w piersiach. Dziewczyna szybko zatkała sobie usta dłonią,  zapewne uświadamiając sobie, co tak właściwie powiedziała. A powiedziała bardzo dużo. W duchu modliłam się, aby Harry zrozumiał sens tych słów. Na moją twarz wkradł się nie śmiały uśmiech, kiedy brunet powoli podniósł zaczerwieniony wzrok i spojrzał na dziewczynę. Wstał i, odkładając dziecko do łóżeczka, wciąż przeszywał ją wzrokiem.
- Co powiedziałaś?- blondynka zacisnęła usta w wąską linię i bez słowa podeszła bliżej i, chwytając go za włosy, mocno nimi szarpnęła. Harry syknął z bólu, wykrzywiając twarz w grymasie.
- Zapomnij... Zapomnij jeśli chcesz, aby ona żyła.- warknęła, wskazując na dziewczynkę, która powoli zasypiała. Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Dopiero po jakimś czasie ciszy, którą przerywały ich nierówne oddechy oraz moje głośno bijące serce, usłyszałam jego głos.
- Pewnego dnia... Zapłacisz za wszystko co nam zrobiłaś. Za wszystko.- dziewczyna puściła go i odchodząc krok do tyły niespodziewanie kopnęła go w brzuch. Krzyknęłam cicho, widząc jak brunet zwija się z bólu na podłodze.
- To się jeszcze okaże.- usłyszałam, zanim odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju, nawet mnie nie zauważając. Odetchnęłam z ulgą, kiedy usłyszałam trzask frontowych drzwi. Szybkim krokiem podeszłam do chłopaka, który o własnych siłach oparł się o ścianę. Podgiął kolana pod brodę i zaczął płakać. Jeszcze nigdy nie widziałam jak ktoś płakałby z takim bólem i żalem. W ogóle nie przypominał Harry'ego Stylesa, którego znałam kilka miesięcy temu. Przede mną siedział obcy człowiek, wrak, którego nic ani nikt nie był w stanie już uratować. Prawie nikt. Bo ja znałam osobę, która mogła to zrobić. W tym momencie wiedziałam już, że nadszedł czas. Teraz byłam pewna.
- Harry... Posłuchaj mnie Harry. To koniec rozumiesz? Dzisiaj wszystko się skończy.- szeptałam, tuląc do siebie załamanego chłopaka. Miałam wrażenie, że trzymam w ramionach pięcioletniego chłopca, który zdarł sobie kolano i bardzo cierpiał. Trzymałam jednak dorosłego mężczyznę, wypranego z wszelkiego człowieczeństwa i doświadczonego zbyt bardzo przez los. On na to nie zasłużył, a ja musiałam to zakończyć.
- Nic nie można zrobić Lydio. Chcę umrzeć. Tak bardzo chcę umrzeć...- mówił, a ja starałam się go uspokoić. Nie pomagały jednak moje słowa. Bo tylko Ona mogła mu pomoc. Wierzyłam w to. Wiedziałam to.
- Nie mów tak, kochanie. Wszystko się ułoży. Muszę teraz wyjść, rozumiesz? Ale ty musisz mi obiecać, że nie zrobisz niczego głupiego, jasne? Obiecuję, że dzisiaj zakończymy ten koszmar, ale musisz być silny. Wytrzymaj jeszcze troszkę, a Bóg ci to wynagrodzi.- kiedy otrzymałam nieme potwierdzenie, ruszyłam w stronę drzwi. Zatrzymał mnie jednak jego cichy głos, a mnie na chwilę stanęło serce, słysząc jego słowa.
- Nigdy jej nie spotkam. Bo jeśli Bóg i niebo istnieją na prawdę, to ona jest teraz jednym z najpiękniejszych aniołów. Ja stanę się diabłem. Stanę się pyłem. Bo tak na prawdę jedynym dobrym uczynkiem jaki zrobiłem w życiu była szczera i pełna miłość do niej. I do naszego dziecka. Kochałem ją całym sobą. Ale nawet jeśli ona czułaby to samo to i tak na nic. Bo ja nie zasłużyłem nawet na to, żeby patrzyła na mnie w sposób jaki patrzyła. Nie zasłużyłem na nic, czym mnie obdarowała. Jeśli Bóg istnieje Lydio, to tak na prawdę jest zachłannym egoistą, który chciał mieć najpiękniejszego anioła dla siebie. Dlatego ją zabrał...



*tekst piosenki "Let Her Go" 



Hej mordki! Jestem już w domku i wena mnie nie opuściła :D Uff.. albo nie uff, bo to oznacza, że jesteśmy coraz bliżej końca :C :C Jak ja się z wami rozstanę? I z naszymi bohaterami? Kurcze... nie przemyślałam tego xd
A tak na poważnie dodaję rozdział i mam zamiar napisać jeszcze kolejny, gdyż w ostatnim tygodniu mam pełny grafik, a wenę mam, więc czemu by tu nie pisać? :) Ale nie wstawię go dzisiaj! Nie ma tak dobrze ! :D Dodam jeszcze, że następny rozdział będzie także rozstrzygający i ostatni lub przedostatni przed epilogiem :) Mam nadzieję, że was zaskoczę! :) Do znów!



















czwartek, 20 sierpnia 2015

35. "Ja już dawno nie żyję. To co tutaj widzisz to tylko pusta skorupa. Ja trwam i czekam cierpliwie, aż Bóg da mi ukojenie w moim cierpieniu"







POV Harry




Tik tak, tik tak, tik tak... Siedziałem na podłodze oparty o ścianę, wpatrując się bezsensownie w tarcze zegara bezlitośnie odliczającą kolejne sekundy. To już. Za parę chwil ujrzę je. Ujrzę ich. Znów ujrzę mój koszmar. Koszmar, który wita mnie co ranek, kiedy tylko otworzę oczy. Mój koszmar. Mój największy błąd. Moja życiowa porażka. Mógłbym wymieniać miliony epitetów. Ale żadne słowa nie mogły wyrazić tego jak bardzo jej nienawidziłem. Jak bardzo nienawidziłem mojego koszmaru oraz jak z każdym dniem coraz bardziej nienawidziłem siebie. To wszystko doszło nawet do tego, że nie mogłem patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Brzydziłem się siebie. Brzydziłem się swojego koszmaru, który wciąż przypominał o swojej obecności. Chwile, kiedy wychodziła z domu były moim wybawieniem. Niszczyła mnie. I ona doskonale o tym wiedziała. Bawiło ją to. Bawił ją mój wstręt, moja nienawiść. Bawiło ją to, że nie mogę kompletnie nic zrobić. Owszem, mogłem ją zamordować. Ale nie byłem do tego zdolny. Nigdy, nikogo jeszcze nie zabiłem. Tak. Może i maczałem palce w jej zbrodniach, bo to ona za każdym razem zabijała z zimną krwią. Ja przyglądałem się i tuszowałem ślady. Ale nawet jeśli poszedłbym na policję i nie dostał wyroku ona znalazłaby sposób żebym cierpiał. Wiedziałem o tym doskonale. Nigdy się nie uwolnię. Jedynym moim wybawieniem jest śmierć. Zacząłem się samookaleczać. Ale byłem zbyt wielkim tchórzem, żeby się zabić. Bałem się śmierci. Poza tym jeszcze jedno trzymało mnie przy życiu.
Starałem się o niej zapomnieć. Tak cholernie chciałem to zrobić, ale niebieskooka brunetka wciąż uparcie wracała do mnie w snach wołając o pomoc. Błagając, płacząc i prosząc, żebym ją uwolnił. Ale wiedziałem, że to tylko moje wyobrażenia. Ona mnie nie pamiętała. Wiedziałem, że będzie szczęśliwsza z Liamem. Miałem tylko nadzieję, że on jej nie skrzywdzi. Oczywiście, że kłamałem mówiąc, że mu nie zależy. Ale najbardziej bałem się jednego. Nie miałem pojęcia czy ona jeszcze w ogóle żyje. Megan miała się dowiedzieć. Miała mnie poinformować, dlatego tak usilnie na nią wyczekiwałem. A nie tyle na nią, jak na informację czy moje dwa małe skarby żyją. Amy i jej dziecko. Przerażała mnie myśl, że będę musiał wychowywać dziecko Thomasa. Przerażała mnie ta myśl, bo wiedziałem, że nigdy nie zdołam go pokochać. Czułem to. Potarłem kciukiem zmięte zdjęcie, wpatrując się w uśmiechniętą twarz, wpatrującej się we mnie brunetki. Na zdjęciu byłem ja, obejmując ją od tyłu. Takie same jej podarowałem. Ale to i tak bez znaczenia. Ona mnie nie pamięta. I tak pozostanie już na zawsze.
- Jak myślisz, chłopczyk czy dziewczynka?- usłyszałem pytanie z ust kobiety, która nie odezwała się odkąd przekroczyła prób domu. Podniosłem wzrok, wpatrując się w nią z niedowierzaniem.
- Wybacz Lydio, ale nie obchodzi mnie to. To nie jest moje dziecko, nawet jeśli myślisz inaczej.- warknąłem, wracając do przerwanej czynności. Usłyszałem jak cicho wdycha, a jej dalsza wypowiedź mnie zaskoczyła.
- Wiem, Harry. Znam swoją córkę. I wiem także, że nie jesteś szczęśliwy. Tęsknisz za...- nie dane jej było dokończyć, gdyż w tym samym momencie usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Oboje jak na znak podnieśliśmy się z zajmowanych miejsc i z niepokojem wyczekiwaliśmy na to co miało nadejść. Kiedy stanęła w progu, moje serce stanęło. W rękach ściskała kruczowo dziecko, a ja już wiedziałem jak to się skończy. Blondynka wbiła wzrok w kobietę, stojącą niedaleko niej, a na jej twarzy wymalowało się zdziwienie, które zaraz potem zastąpiła dziwna i niespotykana u niej radość.
- A jednak przyszłaś.- wzdrygnąłem się na dźwięk jej głosu. Za każdym razem reagowałem tak samo.  Za każdym razem czułem obrzydzenie. Z każdym dniem nienawidziłem jej coraz bardziej.
- Nie mogłam zostawić tej biednej, małej istotki na twoją łaskę. Ktoś musi pomagać Harry'emu.- odrzekła oschle, podchodząc i, biorąc dziecko na ręce. Mruczała coś uspokajającego, wychodząc z pokoju.
- Będę na górze. Przyjdź do nas Harry.- zwróciła się do mnie, zanim całkowicie zniknęła z pola mojego widzenia. Wpatrywałem się w blondynkę, która z wielkim westchnieniem opadła na kanapę. Nie spuszczałem z niej wzroku, co oczywiście nie umknęło jej uwadze. Spojrzała na mnie, uśmiechając się chytrze.
- Stęskniłeś się skarbie, że tak mi się przyglądasz?- przewróciłem oczami. Spodziewałem się takiego tekstu. Wciąż stojąc w jednym miejscu, zadałem pytanie na które bałem się poznać odpowiedź.
- Co z nią?- nie poznawałem swojego głosu. Był bardziej zachrypły niż zwykle i niższy niż zazwyczaj. Dziewczyna westchnęła i, przyglądając mi się bez mrugnięcia rzekła głosem wypartym z wszelakich uczuć.
- Teraz masz tylko jedno dziecko, skarbie. Jej bachor nie żyje. Więc zajmij się tym na górze.- opadła na oparcie kanapy, a ja stałem jak wmurowany. Przełknąłem ślinę, która z trudem przechodziła mi przez gardło.
- Co z dziewczyną?- warknąłem beznamiętnie, w środku cały się trzęsąc. Megan podniosła wzrok, patrząc w moje oczy.
- Nie żyje, Harry. Pogódź się w końcu ze swoim losem i wymaż ją z pamięci. Zmarła nie pamiętając o tobie, więc ty także o niej zapomnij.





Wpatrywałem się w małą, zielonooką dziewczynkę, nie powstrzymując łez. Megan wyszła, a Lydia gotowała dla nas obiad. Miała teraz z nami mieszkać. Gotować, zajmować się dzieckiem. Nie przeszkadzało mi to. Ona doskonale zdawała sobie sprawę z tego jaka jest jej córka. Chciała mi pomóc. Byłem jej za to wdzięczny. Gdyby nie ona, umarłbym z głodu albo jadł same fastfoody. Zresztą. Wszystko mi już jedno. Uniosłem drżącą dłoń, układając ją na lokatej główce małej. Wyglądała zupełnie jak ja. Ale to nie miało sensu, bo przecież nie była moją córką. Uniosła małą dłoń. dotykając niechcący świeżych blizn na moim nadgarstku. Mogłem to zrobić. Straciłem nadzieję. Mój ostatni, mały promyczek odszedł na zawsze. Moja nadzieja odeszła. Odeszły obie. Wszystko zostało mi odebrane. Oczywiście Megan mogła kłamać. Ale pokazała mi akt zgonu. Akt zgonu mojej małej córeczki oraz mojego skarba. Mojego ostatniego promyczka. To koniec. Bo jej odejście oznaczało także moje zakończenie. Mogłem z sobą skończyć. Ale coś trzymało mnie jeszcze przy życiu. Teraz, wpatrując się w śliczne oczęta małego szkraba wiedziałem, że Amanda nie chciałaby tego. Wiedziałem, że muszę pomóc tej małej istotce bo zginie. To teraz był mój cel.
- Tylko ty mi zostałaś.- szepnąłem, całując ją w małą główkę. Ale mimo, że byłem, tak na prawdę nie żyłem. Tylko trwałem. Trwałem i wyczekiwałem jakiegoś cudu. Cudu, który leżał przede mną i słodko spał. Dostałem go.





POV Amy



Życie to pier­do­lona lo­teria. Może wyg­rasz, może nie. Może wyg­rasz i cię ok­radną al­bo całą wyg­raną prze­pijesz i wy­dasz na pier­doły. Ale naj­częściej jest tak, że "grasz, grasz i gówno z te­go masz". A może nie o wyg­raną chodzi, a o samą ra­dość z gra­nia? Ale czy nie tak mówią przeg­ra­ni? A może za dużo myślę i lu­bię so­bie kom­pli­kować życie? Życie jest pros­te czy skom­pli­kowa­ne? Zaw­sze masz wybór. Wybór w ja­ki sposób skończyć swo­je życie. Jest wiele spo­sobów. Spraw­dzisz tyl­ko je­den.
Da­ne nam jest jed­no mar­ne życie. Przez które przechodzisz na­poty­kając wiele nies­podzianek. Tych złych i mniej tych dob­rych. Los jest nies­pra­wied­li­wy.
Dla­tego nieza­leżnie od te­go ile ra­zy się pot­kniesz, Zaw­sze wsta­waj z pod­niesionym czołem. Ktoś kiedyś po­wie­dział ze życie jest ko­loro­we . Mo­je życie mogłam opi­sać w 2 bar­wach. Czerń i biel ideal­nie mnie odzwier­cied­lają. Py­tasz dlacze­go czerń?
To pros­te.. Zaw­sze pos­trze­gałam swo­je życie przez pryz­mat złych chwil, bólu i cier­pienia. Wspo­minałam to co złe. To co mnie zra­niło, pogrążyło. Dlacze­go biel? To jest dob­re py­tanie. Sama sta­rałam się na nie od­po­wie­dzieć. Je­dyne co uważam za słuszne jest dość ba­nal­ne. Biel oz­nacza chwi­le uniesień, ra­dości i nadziei na lep­sze jut­ro. Są to przebłys­ki , światełka nadziei Rozświet­lające pa­nującą wokół mnie przytłaczającą czerń. Jed­nak biel nig­dy nie wyg­ra z czer­nią. A może jednak?*


Kiedy otwierasz oczy po raz pierwszy od kilkunastu dni, zaczynasz dziwić się jaki ten świat jest pokręcony. Zaczynasz zastanawiać się dlaczego akurat ciebie przytrafiają się te wszystkie rzeczy. Zaczynasz żałować, ale zaczynasz także dostrzegać mały promyk nadziei. Postanawiasz zacząć wszystko od nowa. Postanawiasz żyć tak jak jeszcze nigdy. Bo wiesz, że dostałeś od losu szansę. Kolejną i być może ostatnią. Tak właśnie było ze mną. Myślałam, że wszystko w końcu będzie dobrze. Do czasu. Do czasu, kiedy nie usłyszałam z jego ust tych dwóch słów. Słów, przez które chciałam zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić. Chwyciłam jego dłoń. Widziałam w nich radość. Wiedziałam, że kocha mnie szczerą, prawdziwą miłością. Ale mimo to bałam się. Bałam się dać mu szansę. Starałam się zapomnieć o Harrym. Ale mimo, że nie pamiętałam wszystkiego, okazało się to niemal niemożliwe. Nie pamiętałam jak wielkim uczuciem go darzyłam i czy to w ogóle odwzajemniał. Ale wiedziałam, że czułam do niego cholerny żal i jeszcze większą tęsknotę. Wciąż był częścią mojego życia. I wciąż nie chciałam ranić Liama. A on przecież był obok. Właśnie on, nie Harry. Mimo to poprosiłam go o czas. Na co czekałam? Na to aż lokaty wróci? Może. Ale wiedziała, że nie. Martwiłam się. Ale starałam się wyrzucić go ze swojego życia i serca. Wpatrywałam się w Liama, który przełykając ślinę, lustrował mnie z łzami w oczach. Dopiero co się obudziłam, a on już musiał mi powiedzieć to co mnie nurtowało.
- Ona nie żyje, Amy. Twoje dziecko zmarło. Tak mi przykro...






Kolejny rozdział... w tym tygodniu! :D Wyliczyłam i obliczyłam (choć moja matma jest kiepska), że rozdziałów będzie jeszcze 2-3 i epilog :d ciekawe czy zakończenie Was zaskoczy :) I jestem takżę ciekawa co sądzicie o rozdziale i jaką przewidujecie końcówkę? Hmm? Jestem ciekawa waszych pomysłów :D
Harry jak widać nie zapomniał o Amy. Wciąż coś do niej czuje. Ale Megan znów go okłamała. Uwierzył. Amanda także myśli, że jej dziecko nie żyje. Czy nasza para jeszcze się spotka? Czy dane im będzie? Ale nawet jeśli to co wtedy? A może tak to zakończę? Amanda zwiąże się z Liamem i będą szczęśliwi? Harry zostanie z Megan? Będzie wychowywał swoje dziecko nie wiedząc o tym?
Piszcie co myślicie :D
Do znów! :)
































wtorek, 18 sierpnia 2015

34. "Ból serca nie trwa wiecznie. Odpowiem, że mam się w porządku. Północ nie jest czasem na śmiech, kiedy mówisz "żegnaj". (...) Nie próbuj mnie zatrzymywać ani pytać czy czuję się dobrze. Nie mam odpowiedzi".

""Ja Thomas Mike Stanley, urodzony 15 września 1992 roku w San Diego, w stanie Kalifornia USA, zobowiązuję się do oddania organów potrzebnych do przeszczepu w razie nagłej, niespodziewanej śmierci. Moja wolą jest także, aby organy te otrzymała nijaka Amanda Ellie Knightley, urodzonej 15 września 1992 roku w San Diego, w stanie Kalifornia w USA, moja siostra oraz jedyna najbliższa rodzina. Pragnę, aby akt ten został potraktowany jako testament oraz potwierdzenie mojej woli. 




Thomas Mike Stanley




Jeden dzień może zmienić wszystko. Jedna osoba może dać nam tyle ile nie dało nam tysiące innych. Jedna łza może zmienić nasz sposób myślenia, tak samo jak jedno zdarzenie może dać nam nadzieję. Nadzieję, która każdemu z nas potrzebna jest niczym powietrze. Łakniemy jej. Łakniemy zapewnienia, że wszystko będzie w porządku. Pragniemy aby ktoś pochwycił nas w ramiona  szeptał do ucha, że wszystko się ułoży. Pragniemy obecności drugiej osoby nawet jeśli ta znajomość nas niszczy. Czujemy się z tym źle, ale i tak robimy na przekór rozumowi, słuchając tylko serca. Bo to ono zawsze zwycięża w tej nierównej walce. Nawet wtedy, kiedy wydaje się zbyt słabe by w ogóle walczyć. Bo czasem jest tak, że te najbardziej kruche i niepozorne, okazują się być tymi najbardziej wypełnionymi miłością i wolą walki. Czasem zdarza się to zbyt często. A czasem prawie w ogóle. Bo na tym właśnie polega życie. Na tym aby płatać nam figle. Na tym aby zaskakiwać nas z każdą sekundą. Trzeba tylko znaleźć sens. A wtedy wszystko stanie się jasne. 






POV Dercy




Zarzuciłam na siebie zielony fartuch pielęgniarki. Wystarczył jeden fałszywy dokument, kilka podpisów i już mogłam legalnie pracować w szpitalu. To było zbyt proste. A jednak. Ludzie są naiwni. Cholernie naiwni i pewni tego, że wcale tak nie jest. Jednak to ich gubi. Uśmiechnęłam się pod nosem, pewnym krokiem kierując się na salę, gdzie leżały świeżo urodzone niemowlaki. Rozglądnęłam się dyskretnie i niezauważenie włożyłam niemowlaka do jeszcze bezimiennego pojemnika, w którym leżała już mała dziewczynka, z gęstymi, ciemnymi, lokatymi włoskami i zielonymi oczami. Wyglądała jak mała kopia Stylesa. Teraz chłopak nie będzie mógł się wyprzeć, bo dziecko na prawdę należało do niego. Uśmiechnęłam się szerzej, wyjmując ją i, wkładając do pojemnika z którego wcześniej wyjęłam martwego niemowlaka blondynki. Rozglądnęłam się jeszcze raz i, widząc jak jedna z pielęgniarek wchodzi właśnie na salę udałam, że poprawiam małej poduszkę. Wzięłam głęboki wdech, a mój wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Nie musiałam udawać. To była dla mnie przyjemność. Przedstawienie czas zacząć.
- Chryste... Pomocy! Ono nie ma pulsu!- krzyknęłam, udając spanikowaną. Nie musiałam długo czekać, aż wokół mnie zbierze się tłum lekarzy i pielęgniarek. Próbowali go reanimować, jednak ja wiedziałam, że to i tak na marne. Stanęłam z boku, patrząc z przejęciem wymalowanym na twarzy jak siwawy lekarz wdycha ze zrezygnowania.
- To było dziecko Amandy...- szepnął. Zauważyłam jak jedna ze starszych pielęgniarek, jego żona podchodzi do niego i obejmuje. Pierwszy raz widziałam jak facet, nie licząc Harry'ego płacze.
- Ile ta dziewczyna może przejść? Dlaczego ona musi tak cholernie cierpieć? Dlaczego Bóg wystawia ją na takie próby? Najpierw rak, ledwo co ją odratowaliśmy, a teraz jej dziecko... Sonja, kochanie. Powiedź, dlaczego?- słysząc jego słowa, ruszyłam do wyjścia, patrząc kątem oka na dziewczynę, która od teraz oficjalnie należała do Megan. Kolejne małe zwycięstwo.








Ile jest w stanie udźwignąć mała, krucha istotka. Jeden, tak delikatny człowiek. A może wokół nas znajdują się anioły, które pokazują nam jak należy walczyć? Być może ona była właśnie takim małym, pięknym aniołem w ciele człowieka. Tak. To było pewne. Amanda właśnie taka była. Była wyjątkowa, jedyna. Los zrzucił na nią wiele. Być może wydawałoby się, że zbyt wiele. Ale w ten sposób wystawiał ją na próbę. Teraz wszystko miało być dobrze. Miało. Bo jak wiadomo los kpi sobie nawet z aniołów. Bóg dał jej szansę. Ale teraz jej nowe serce było wystawione na kolejną, być może najcięższą z prób. Czy bezskrzydły anioł poradzi sobie i tym razem? Czy w końcu odkryje co jej warte jej uwagi, zrozumienia, uczucia, jej serca i oddania? Bo czasem nawet anioły potrzebują pomocy. Istnieją po to by pomagać. Ale im również potrzebna jest pomoc. Które oczy miały błyszczeć dla niej?





"Aniele mój powiedz, 
Czy możesz schować 
Mnie w ramionach? 
A w skrzydłach swych 
Osuszyć znów moje łzy 
Niewiele powiem Ci 
Czujesz sam 
W niebiosach łatwiej jest trwać 
oddychać niebem 
Tam zabierz nas... 

Aniele mój 
Ty przecież mnie jedną masz 
I mnie ochronisz za grzechy 
Niech życie ukaże mnie 
Ty przy mnie zawsze bądź 
Chociaż wiem, me niebo daleko jest 
Więc nie wpuszczą jeszcze mnie 
Jeszcze nie... 

W ciemną noc modlitwy krzyk 
Zostałeś tylko Ty 
I deszcz na twarzy mej 
W ciemną noc nie wierzę już 
Choć trzepot skrzydeł znów 
Do snu kołysze mnie 

Aniele mój 
Czasem nie wierzę w Ciebie 
W samą siebie też wiary brak 
Zraniłam wiele serc 
Lecz nie opuszczaj mnie 
Czuję strach, że to nie ostatni raz 
Popłynie czyjaś łza, gorzka łza... 

W ciemną noc modlitwy krzyk 
Zostałeś tylko Ty 
I deszcz na twarzy mej 
W ciemną noc nie wierzę już 
Choć trzepot skrzydeł znów 
Do snu kołysze mnie"


Magda Femme








Szaleje normalnie na tych wakacjach :D Jest nowy rozdzialik! Myślę, że wiele się wyjaśniło i jest to napisane w miarę logicznie, przynajmniej się starałam, żeby tak było :)
Dercy jak widzicie pojawiła się. Podrzuciła martwe dziecko Megan Amandzie, a słodką, zdrową dziewczynkę Amy porwała. Co na to Harry? Czy w ogóle się dowie? Co się z nim dzieje? Amy odratowana. Żyje. Ale jak zareaguje kiedy dowie się o śmierci owocu swojej zakazanej miłości? Co stanie się dalej?  Musiałam wyjaśnić te kwestie, ponieważ to opowiadanie czyta między innymi moja mama która jest mało ogarnięta w takich sprawach xD Pozdrawiam! :D Planuję napisać jeszcze około 5 rozdziałów i epilog :) Ale może wyjdzie więcej :) Czy jeszcze jakiś w tym tygodniu? Zobaczymy! Do znów :)